15.07
Poranek, jak poranek, nic sie nie dzieje, kolo poludnia zabieramy sie za uzdrawianie sprzetu naglasniajacego. O. Darek uzywał go do puszczania filmów przed kosciolem. Ano kazdy sposób jest dobry aby przyciągnąć młodzież. Robi sie z tego mnostwo problemow i tajemniczych awarii. Brak instrukcji czy schematu.. ja w zasadzie się na tym nie znam. W koncu kiedy udaje mi sie to wszystko ogarnac, nadchodzi koszmar radiowca. Sprzet nie chce dzialac mimo iz poszczegolne elementy sprawne, awaria sie przemieszcza, jest zawsze nie tam gdzie sprawdzam.. kabel ma 3 czesci, dowolne dwie polaczone ze soba dzialaja, trzy juz nie chca. Trace kolejne pol godziny. Wykonuje kilka zaklec lutownica i udaje sie wygnac demona.. Odpalam dziala, rozlaczam wszystko, lacze jeszcze raz, dziala. Łącze kable w dowolnej kolejności, teżdziała. Uff.
Przekaska, zglodnialem.. Zimne piwo, w pełni zasłużone, orzeszki ziemne ktorych tysiace jeszcze wczoraj suszly sie na podworku, do tego avocado, a potem mango, kucharka wie ze nie odmowie, nawet do piwa.. A na koniec raczy mnie butelka mleczno – bialego palmowego wina, nie pilem jeszcze, slodkie, dobre. Nie wiem czy moj żołądek to wytrzyma, ale niech tam jeszcze szklaneczke poprosze. Kurna podobno ma 7 voltów, ale po butelce zaszumiało nieźle. Wloke się pisać dziennik podróży...
Wino palmowe robi sie w bardzo prosty sposob.. na poczatku sadzi sie palme, nie no zaraz, po co, palm tu rosnie w brod .Robi sie w tej palmie naciecia na korze, takie ja do zbioru zywicy, podkladamy butelke i przychodzimy za czas jakis. Np. wieczorem. Do butelki scieka bialy, palmowy sok, i natychmiast fermentuje. Produkt jest gotowy i przeznaczony do natychmiastowego spozycia. Upic sie tym ciezko, ale w glowie po nim szumi.
Godzina 17, jedziemy po zamowione bilety kolejowe z Belabo do Ngaundere. Wyjazd dzis o 21. Kupuje jeszcze bagietki i wode na droge jade sie pakowac. Jedna koszula 2 pary gatek, dlugie spodnie i spiwor, na wszelki wypadek. Jedziemy na dworzec, wsiadamy w autobusik do Bilabo, najblizszej od Bertoui stacji kolejowej. W Kamerunie jest jedna linia kolejowa, prowadzi ze stolicy, do Maroui, miejscowosci w glebi ladu. Autobusik niczego sobie, siedzenia nawet w miare, gdyby nie to za na 4 fotelach siedzi sie w piatke, byloby ok. Ale to juz taki miejscowy zwyczaj, wszystko laduje sie do oporu, a potem jeszcze troche...
Załącznik:
image10691.JPG [ 1000 KiB | Przeglądane 10440 razy ]
Belabo, dworzec jak w Pcimiu Dolnym, przepraszam Pcim za porownanie, noc, troche chlodno, idziemy do poczekalni, "pachnaco" i pelno. Wynosimy sie na dwor, tam, stragany, owoce, ryby i miesko z grila, przy straganach ludzie spiacy na ziemi. Wokol tego kraza sprzedawcy ze „straganami” na glowach, owoce, buty, zegarki, ciuchy, pasta do zebow, husteczki. Wiekszosc do dzieci, tak na oko od 6 roku zycia, Jest 12 w nocy, dzieci siedza, bawia sie, tancza, pracuja, przede wszystkim pracuja. Pracujace dzieci w afryca spotkasz na kazdym kroku, sprzedaja, gotuja, myja sprzataja, nosza wode i drewno, dzwigaja na swoich malych glowkach pewnie polowe towaru w afryce.
Załącznik:
image10828.JPG [ 3.91 MiB | Przeglądane 10440 razy ]
Nadchodzi wiadomosc ze pociag jest opozniony, i przyjedzie moze o trzeciej, może o czwartej, nieprawda, jest o pierwszej. Zgielk i tumult, mamy miejsca 1 klasy, bedziemy mieli siedzace, spiesza sie ci do klasy drugiej, kto pierwszy ten lepszy.. Z przodu lokomotywa spalinowa, troche pognieciona, wagony noo.. moze byc. Wpychamy sie do srodka.. zaskoczenie, fotele z czerwone dermy ( w całości), czysto, toaleta tez posprzatana.. Europa, nawet lepiej, bo co pol godziny sprzataja toalety...
Załącznik:
image15170.JPG [ 976 KiB | Przeglądane 10440 razy ]
Tuu tuu, jedziemy, drzemie do switu, budzę się, za oknem zmiana krajobrazu, busz ustepuje miejsca sawannie, pierwsze baobaby, krowy zebu, rzeki wijace sie raz po tej, raz po tamtej stronie torow, niektore pelne wody inne suche, puste piaszczyste koryta. Wioseczki mniejsze, blaszane dachy ustapily miejsca tym ze strzechy, pojawiaja sie okragle „murzynskie haty” jakie znam z filmow. Przyszedl konduktor, bilety sprawdzil, wywalil kilku gapowiczow. Jedziemy dalej, coraz wigotniej, coraz wyzej, pociag caly czas pnie sie w gore. Coraz wiecej trawy za oknami, kwitna baobaby. Jestesmy na miejscu. Wysiadamy, biegniemy szukac autobusu do Marua, walczymy w kolejce, bedzie o 13, potem idziemy na miasto.
Miasto inne niż Bertoui, Islamskie, jest meczet, sporo ludzi w tradycyjnych strojacch. Widze przechodniów z dywanikami pod pachą.
Załącznik:
image10649.JPG [ 1000 KiB | Przeglądane 10440 razy ]
Bilety
Kupno biletu w Kamerunie nie jest sprawa tak prosta ji trywialną jak w Europie) zreszta kupno biletu nie gwarantuje odbycia podrozy.. Miejsc w autobusie jest 35, a chetnych zwykle znacznie wiecej.. trzeba sie dopchac do okienka, uzywajac metody lokciowo-kolanowej. Kiedy jestes juz szczesliwym posiadaczem biletu, trzeba czekac pod autobusem, obierajac pozycje dogodna do ataku na drzwi. Najpierw ladowane sa bagaze na dach, potem wpuszcza sie podroznych.
W Jaundere, mamy dogodna pozycje do ataku, na wprost drzwi, ja po prawej stronie, z prawej probuje sie wepchnac jakis chudy zylasty, mlodzian. I teraz nastepuje blyskawiczna akcja, blokuje go prawa reka, chwytajac sie ramy drzwi na poziomie jego twarzy, on probuje obejscia dolem, ale przewiduje to i szybko stawiam noge na schodach. Nadziewa sie czolem na moje kolano.. odskakuje zaskoczony, czyszczac przy okazji prawa flanke. I teraz finisz, lewa reka powtarzam ruch prawej, chwytam za framuge drzwi, blokujac ewentualny atak z lewej, lewym kolanem wpycham Aschilla do srodka, stawiam noge na stopniu, i... juz po walce, teraz spokojnie i leniwie mozna zajac miejsce. Bierzemy najlepsze, w ostanim rzedzie, na koncu autobusu. Po lewej stronie walka trwa jednak nadal, zolnierz probuje przez okno wsadzic trojke dzieci, i zajac caly rzad, nic z tego trzy tegie jejmoscie, matka z corkami, zajmuja miejsca obok niego, nie zazdroszcze, one zajmuja, kazda po poltorej miejsca.. Walka jednak stopnowo ustaje. Jedziemy.Autobus wlecze sie niemilosiernie, mijamy pasmo gorskich serpaentyn, widoki zapieraja dech w piersiach, jedziemy w niziny, sawanna, okragle chalupy kryte strzecha, stada afrykanskich, poldzikich krow, tylek boli, kozy pasace sie przy drodze, dzieci przy studni, bardziej boli, samotne kopce wzgorz wyrastajace z rowniny, tylka juz nie czuje. 9 wieczor, Garua, postoj kolacja, do Marua, jeszcze 3 godziny, obiecujemy sobie hotel, prysznic, spanko do poludnia..
Załącznik:
image15336.JPG [ 1.09 MiB | Przeglądane 10440 razy ]
Jedziemy, kierowca fajans, droga w remoncie, jedziemy wyboistym poboczem, ciemno, wielkie kaluze na drodze, wleczemy sie. Co chwila wyprzedzaja nas inne busiki a po chwili ich swiatla nikna gdzies w dali. Koniec drogi, zatrzymujemy sie. Przed nami cala droga zablokowana przez przeladowana ciezarowke. Pekniety resor, niebezpiecznie przechylona stoi na srodku drogi. Wysiadamy, zostaje pare osob z dziecmi. Kierowca probuje wjechac na skarpe, ale autobuj jest przeladowany, ma pelny bagaznik dachowy. W rezultacie przewraca sie i zsuwa z drogi. Krzyk lament, wyciagam latarke, wlaze na busa, wyciagamy kierowce, przez tylna szybe wychodzi reszta pasazerow, nikomu nic sie nie stalo. Bagaze porozzucane po drodze, nurkuje do autobusu po plecaki, sa, zginela gdzies woda, a wlasnie 5 minut temu mialem sie napic, nurkuje, jest! Sytuacja sie powoli normuje, ludzie zebrali bagaze, siadaj na skraju drogi. Drugi autobus jedzie juz do nas, bedzie moze za 2 godziny. Samochody, które zatrzymaly sie zeby pomoc, powoli odjezdzaja. Powoli gasna latarki, cichna rozmowy, dzieci zasypiaja, ludzie rozkladaja maty, leza i drzemia. Nikt nie krzyczy nie lamentuje, trzeba czekać. To czarni umieją najlepiej. Nic nie robiąc, maja poczucie że czas się zatrzymuje... Siadam na poboczu, pisze dziennik. Gasze latarke, szaruga, niebo pelne gwiazd, wyraznie na niebie blyszczy krzyz poludnia, zarysy bagazy i ludzi, ciche rozmowy, cykady, wielkie biale nietoperze, cisza przerywana przez charakterystyczny odgłos afrykańskiej ciężarówki.Tego dzwieku w Europie już nie usłyszycie..
Załącznik:
image10668.JPG [ 1004 KiB | Przeglądane 10440 razy ]
Załącznik:
image15302.JPG [ 1 MiB | Przeglądane 10440 razy ]
Charakterystyczny, tubalny, wyrazajacy sprzeciw przeciw wyzyskowi, przeciazniu, starości, naprawianiu młotkiem i drutem, jego dzwiek miesza sie ze skrzypiaca skarga przeciazonych resorow i tubalnym jekiem osi i skrzyni biegow. Afrykanska ciezarowka, Mercede, czy DAF. Kiedys w czasch swojej swietnosci pomykała po drogach europy, teraz dokonuje zywota na bezdrozach, przeciazony, latany od przypadku do przypadku. Wyeksploatowany do granic mozliwosci. A moze bardziej... Naprawiany częściami z tych które już nigdy nie pojadą dalej...
Załącznik:
image16626.JPG [ 548 KiB | Przeglądane 10440 razy ]
Robie sie senny, klade sie na ziemi z plecakiem pod glowa. Budzi mnie gwar, nasz nowy-stary autobus, fotel, spie dalej. Czuje ped powietrza, auto pedzi, omija wyboje na drodze przechlajac sie niebezpiecznie na boki, pod kolami chrzęści zwir. Budzi mnie chlupot wody, most w remoncie, jedziemy więc przez rzeke brodem. Woda chlupie na schodach autobusu, bulgoce rura wydechowa. zasypiam.
Załącznik:
image16445.JPG [ 1.35 MiB | Przeglądane 10440 razy ]
Załącznik:
image15241.JPG [ 968 KiB | Przeglądane 10440 razy ]
Budze sie stoimy, wysiadamy Maroua, 7 rano. Krotka narada. Bierzemy hotel, szukamy transportu do Rumsiki (musimy wynajac auto) jemy sniadanie, dokladnie w tej kolejnosci.. Mamy hotel, ok, transport jakis pajac proponujeza 80 000, strasznie duzo gada, splawiamy go. Wracam do hotelu, pytam o transport, jest facet, toyota corolla 4WD, taki nam trzeba, targujemy staje na 40 000, jest ok, przybilam piatke, kaze mu czekac. Wracamy do hotelu na sniadanie, „kontynentalne” omlet i buleczka i slodki rogalik, pyszna kawa. Wracam do zycia. Jedziemy. Place zaliczke, tankujemy, jedziemy. Troche asfaltu do Mokolo, dalej bezdroza, gory, heh, slupy gorskie, jak w gorach skalistych.. Malutkie wioski, krowy, konie, kozy, osly, czarne swinie pasace sie na podworku, dzieci w podartych koszulkach.. na miejscu.. gora Rumsiki..
Załącznik:
image11709.JPG [ 1008 KiB | Przeglądane 10440 razy ]
Załącznik:
image16519.JPG [ 1.45 MiB | Przeglądane 10440 razy ]
Skalny slup wysokosci pewnie z 300 metrow, wyrastajacy z wawozu, cud natury. Dokola wioska, baobaby, kozy, dzieci. Sklepiki z pamiatkami.
Załącznik:
image10323.JPG [ 4.14 MiB | Przeglądane 10440 razy ]
Najpierw siadamy w cieniu zadaszonego baru, zimne piwo, dzieciaki proponujace przwodnictwo. Odganiamy. Zostaje jeden, sympatyczny, nic nie mowi, idzie za nami, koryguje nas ze zle idziemy, znowu milczy.
Załącznik:
image12657.JPG [ 1008 KiB | Przeglądane 10440 razy ]
Wolam go prowadź, pokazuje grote skalna, wchodzimy na gore tak daleko az nie zatrzyma nas rozsadek, jest za stromo, bez asekuracji dalej nie idziemy. Wracamy po pamiatki, dlugo targujemy, kołczan, strzały, amulety, naczynia, tam-tam, żelazne bransolety, ozdoby, czółenka tkackie. Wracamy. Obiad na ulicy, mięso zebu z grila, kukurydza, piwo. Mam problem z zoladkiem. Idziemy kupic bilety na jutrzejszy autobus do Jaundere, 5.30, prysznic, spac.
18.07
Powrot, przeciwienstwo podrozy „tam”, autobus szybko pomyka, jestesmy na miejscu o 16, kupujemy bilety na pociag, jemy obiad, wsiadamy (jest punktualnie) jedziemy do Bilabo, wielki ksiezyc zaglada nam w okna pociagu, potem skrywa sie we mgle. Zaczyna padac. W Bilabo mamy natychmiast autobus do Bertoui. 2.20 w nocy. Rekord 21 godzin. Prysznic w zimnej jak co dzień wodzie, golenie spać..